01 lis 2014

Wchodzisz na cmentarz, widzisz pełno nagrobków z jednego rocznika i już wiesz, że tu stało się coś złego. Chodzi o rok 1993, a cmentarz znajduje się w Mostarze przy meczecie Karadjoz-bega (Karađozbegova džamija).

Jeśli są w ogóle możliwe jakieś wojny, podczas których przynajmniej jedna ze stron konfliktu nie ma niewinnej krwi na rękach, to na pewno nie była to wojna w Bośni i Hercegowinie w latach 1992-1995. Ginęli Boszniacy (czyli słowiańscy muzułmanie, w 1971 roku uznani w Jugosławii przez Titę za naród jako Muzułmanie), ginęli bośniaccy Serbowie i ginęli bośniaccy Chorwaci. Ginęli żołnierze, ginęli cywile. Zabijali też wszyscy. W Mostarze Chorwaci i Boszniacy rzucili się sobie do gardeł w październiku 1992 roku, a w maju 1993 roku Chorwaci (którzy już w 1991 roku proklamowali Chorwacką Republikę Herceg-Bośni ze stolicą w zachodnim Mostarze) oblegali wschodnią część miasta zajmowaną przez wojska bośniackie.

Na cmentarzu przy meczecie Karadjoz-bega nagrobki należą do osób w różnym wieku. Łączy je rok śmierci, czas wojny domowej.

7 lat…

11 lat…

18 lat…

23 lata…

43 lata…

Oczywiście nie wszystkie groby pochodzą z 1993 roku. Cmentarz jest równie stary jak meczet Karadjoz-bega z 1557 roku, przy którym się znajduje.

Na cmentarzu pochowany jest Osman Djikić (Đikić), bośniacki poeta romantyczny i dramaturg, żyjący w Mostarze w latach 1879-1912. Nad klasycznym muzułmańskim nagrobkiem w formie nišana znajduje kopuła z 1937 roku (zburzona w czasie wojny domowej, ale odbudowana po 1995 roku).

Djikić pisał m.in. teksty sevdalinek, czyli tęsknych pieśni bośniackich, będących muzycznym symbolem tej części Bałwanków. Fascynujące, że sevdalinka to styl muzyczny powstały na styku kultur – słowiańskiej i islamskiej oraz żydowskiej (chodzi o Żydów sefardyjskich, którzy po wygnaniu w 1492 roku z Półwyspu Iberyjskiego osiedlili się m.in. na Bałkanach). Zupełnie jak fado powstałe na styku kultur Półwyspu Iberyjskiego, w tym przecież również islamu. W dodatku sevdalinka ma prawdopodobnie ten sam źródłosłów, co portugalskie saudade.
I tak to jest, że czasem w tyglu kulturowym się zabijają, a czasem tworzą coś nowego.

18 paź 2014

Polskę i Portugalię łączy dużo więcej, niż tylko to, że znajdujemy się obok siebie na alfabetycznej liście państw.
Co do tego, że Portugalia leży na końcu Europy, nie ma chyba wątpliwości. Czy za Polską kończy się Europa? Zdania są podzielone. Na pewno swój kraniec ma Unia Europejska. W związku z tą krańcowością i my, i oni walczyliśmy kiedyś z niewiernymi. I słabo na tej walce wyszliśmy. Zwłaszcza my, którzy do walki z niewiernymi dołożyliśmy sobie spory z heretykami.
Byliśmy kiedyś potęgami, z grubsza w tym samym czasie (XVI w.). My na skalę europejską, oni o zasięgu światowym. Spadliśmy z wysokiego konia, ale oni z wyższego, więc ich boli chyba bardziej.
Podobnie, z przyczyn historycznych, nie lubimy sąsiadów. Z tym, że oni mają słaby wybór. Mogą się kochać lub nie kochać tylko z Hiszpanami. My, trzeba przyznać, mieliśmy w tym względzie większe pole do popisu.
Jednym ze słynniejszych Portugalczyków, mniejsza o to, że to postać fikcyjna, był kapitan Ferriera, ciemny typ z serialu „Szogun”. Mamy tu piękny wspólny mianownik, bo w tę rolę wcielił się niejaki Vladek Sheybal, czyli po prostu polski aktor Władysław Sheybal (w Polsce przed emigracją zagrał ledwie w dwóch filmach, w tym genialną rolę kompozytora w „Kanale”).

A taki Martim Moniz? To wypisz wymaluj portugalski Rejtan. Tylko sytuacja inna i skutek inny. Martim Moniz był rycerzem, który w 1147 roku przyczynił się do zdobycia przez Portugalczyków Lizbony. Legenda mówi, że widząc otwartą bramę miasta rzucił się w nią i własnym ciałem nie dopuścił do jej zamknięcia, dzięki czemu wojska Alfonsa I mogły wkroczyć do miasta, w którym urzędowali Maurowie. Swój czyn dzielny rycerz okupił śmiercią. Dziś ma w Lizbonie swój plac, ulicę, bramę w zamku, a nawet stację metra, na której zobaczymy go na takim bardzo wymownym obrazku.

Za wspólny polsko-portugalski mianownik uznajmy też Fatimę i Jana Pawła II. No i Józefa Piłsudskiego bywającego na Maderze. Skoro już jesteśmy przy naszym marszałku, to nie tylko on przeprowadził w maju 1926 roku zamach stanu. 26 maja 1926 roku tego samego w Portugalii dokonał António Óscar de Fragoso Carmona. Różnica taka, że Piłsudski nie zechciał zostać prezydentem, a Carmona i owszem.
Jak się głębiej wsłuchać, język portugalski brzmi momentami jak polski. Nie ma portugalskiego zdania bez „sz”. No i to aktorskie „ł” jak spod Wilna.
O królu, który ma wrócić na białym koniu, już wspominałem. I to w dwóch językach. Czy „ł” udane?

04 paź 2014

Rua das Portas de Santo Antão to jeden z deptaków w centrum Lizbony wypełnionych do ostatniej kostki brukowej restauracjami. W Destino – czekadełko pod postacią pieczywa, oliwek i sera (owczego zresztą). Ląduje w 30 sekund po zajęciu stolika. Doliczą ci potem do rachunku parę euro. Następnym razem wystarczy grzecznie podziękować i przejść do konkretów.

Konkrety w Destino niezłe. Typowo portugalskie grilowane sardynki.

Równie typowa kulinarna sytuacja w Portugalii to coś brazylijskiego. Coś brazylijskiego to na przykład picanha, czyli polędwica wołowa z równie brazylijską czarną fasolą.

Ciężka praca restauracyjnego naganiacza:

Zmieniamy restaurację, ale zostajemy przy wołowinie. Niezłe burgery dają w Chapitô na ulicy Costa do Costelo pod zamkiem. Do tego tyleż smaczne, co niezdrowe chipsy. To może wygląda jak fast food, ale nim nie jest. Mięso mielone, ale różowiutkie i delikatne, żaden tam pies z budą. No i pytają jak mocno wysmażyć.

Fajne miejsce to bar Le Chat w Jardim 9 de Abril (obok Museu Nacional de Arte Antiga). Chipsy podają na wiadra. Szkoda, że takie małe.

Druga ciekawa przystawka w Le Chat to peixinhos da horta, czyli zielona fasolka smażona w tempurze. Żeby nie było wątpliwości – „peixinhos da horta” znaczy dosłownie „rybki z ogródka”, ale smaży się w ten sposób różne warzywa. Pomysł trafił do Portugalii z Japonii, ojczyzny tempury. Przywlekli go w XVI wieku portugalscy misjonarze (jeśli komuś w tym momencie staje przed oczami film „Shogun”, to jest to prawidłowe skojarzenie).

Prawdziwe mistrzostwo kucharza w Le Chat to wszystkomająca bruschetta.

Zanim pójdziemy do kulinarnego nieba, wizyta w lizbońskim oceanarium. Oko w oko z japońskim krabem pacyficznym. Kilka dni później jego dalekiego krewniaka spotkam na talerzu w restauracji Ramiro.

Cervejaria Ramiro przy Avenida Almirante Reis to jedno ze słusznie najpopularniejszych miejsc z owocami morza („cervejaria” znaczy „piwiarnia”, ale to chyba pozostałość po początkach tego lokalu sprzed kilkudziesięciu lat). Pierwszą pozycją w menu jest kilkudziesięciominutowa, a czasem i dłuższa kolejka do stolika. Żeby uniknąć wiszenia u klamki, trzeba przyjść przed wieczornym szczytem. My stawiliśmy się około 18.00 i zajęliśmy jeden z ostatnich wolnych stolików. Kilkanaście minut później przed lokalem zaczęła się formować kolejka miłośników skorupiaków i innych morskich okropieństw.

Kelner się nie certoli i wciska do ręki tablet, który służy do zamawiania potraw. Tzn. nie do końca wiem, czy służy do zamawiania, bo po naciśnięciu kolejnych pozycji w elektronicznym menu nie zauważyłem żadnej interaktywności, ale można zobaczyć wizualizacje tych wszystkich smakołyków. Zamówienie składamy i tak paszczowo.

Zaczynamy od krewetek à la Aguillo (tak podaje menu angielskie) albo à la Aguilho (jak podaje menu portugalskie). Zupełnie nie jestem smakoszem morskich potworów, ale te wcinam z zadowoleniem i patrzę nienawistnie na kelnera, gdy zabiera nam opróżnioną patelenkę ze smakowitymi resztkami cebulki, w której smażyły się różowiutkie skorupiaki.

To danie podane ciemną nocą, w ramach romantycznej kolacji przy świecach, może przestraszyć. Na szczęście jest jeszcze widno, więc przyglądam się wąsonogom (percebes, goose barnacles) z zainteresowaniem.

A tak z nimi walczę:

Pora na spotkanie z krewniakiem kraba z oceanarium.

To nie są sprawy dla ideowych wegetarian. W korpusie kraba pajęczego (spider crab) podają coś w rodzaju flaczków z jego wnętrzności.

W Ramiro dają nie tylko owoce morza. Można też rozkoszować się wędzoną szynką o przydługiej nazwie Presunto Pata Negra 5J Sanchez Romero Carvajal. My wybraliśmy na finał coś o krótszej nazwie. Bifana. To też jeden z tradycyjnych lizbońskich smaków – kanapka z wieprzowiną. Mocno czosnkowa, a musztardy każdy leje ile lubi.

Przejdźmy do prawdziwych deserów. Ich miłośnicy mają w Lizbonie prawdziwe dolce vita. Jest kilka kultowych miejsc (niestety, rozjechanych przez bataliony turystów). Jedno z nich to Confeitaria Nacional (Narodowe Słodycze?). W tym samym miejscu od prawie 200 lat.

Jak już się dorwiesz do stolika, to można siedzieć godzinami.

Jeśli Confeitarię Nacional atakują bataliony, to do Antiga Confeitaria de Belém docierają prawdziwe dywizje spragnione najsłynniejszego lizbońskiego ciastka, czyli pastel de nata (inne nazwy to pastéis de nata lub pastéis de Belém).

Pastel de nata to, w skrócie mówiąc, forma z ciasta francuskiego wypełniona masą budyniową, podawana na ciepło, posypana cukrem pudrem i cynamonem.

Pastéis de Belém działa od 1837 roku w dzielnicy Belém, niedaleko od klasztoru hieronimitów.

Wizyta w tym miejscu jest w zasadzie obowiązkowa:

BLOG ROBERTA ZIENKIEWICZA „Chciałem tylko, żeby gdzieś przekroczyć granicę, wszystko jedno którą, bo ważny dla mnie był nie cel, nie kres, nie meta, ale sam niemal mistyczny i transcendentny akt przekroczenia granicy.” (RYSZARD KAPUŚCIŃSKI, „Podróże z Herodotem”)

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.