24 sty 2016

W piątym tygodniu podróżowania po Indiach i Nepalu byliśmy już uodpornieni na wszystkie sztuczki marketingowe. Z wytwórni dywanów w Agrze wyszliśmy z gołymi rękami. Za to z ocalonymi setkami dolarów w kieszeniach. Których i tak już zresztą nie mieliśmy.

Oprócz zobaczenia w Agrze tego, co trzeba, czyli Tadź Mahalu oraz Czerwonego Fortu, mieliśmy też okazję być w zakładzie kamieniarskim oraz wytwórni dywanów. U kamieniarzy nic nie kupiliśmy, bo po pierwsze kosmicznie drogo (jakieś setki dolarów), a po drugie… ciężko (jak się zabrać do samolotu z ważącym kilkadziesiąt kilogramów pięknym kamiennym stołem). U dywaniarzy też nic nie kupujemy. Wystarczyło, że drogo.

Drogo, ale trzeba przyznać, że pięknie. Ten dywan miał cenę wyjściową chyba 1000 dolarów. To zresztą nie jeden dywan, a cztery w jednym – nie dość, że jest dwustronny, to jeszcze po zaczesaniu w jedną lub drugą stronę zmienia kolor.

Może udałoby się zbić do 500, a może nawet do 200 dolarów, ale nie przyjechaliśmy przecież do Indii kupować dywany. Zresztą za dolara to my mamy śniadanie, a za dwa nocleg.

Po co więc w ogóle właziliśmy do tej wytwórni dywanów? Przywieźli nas rikszarze, którzy tanie przewozy (2 rupie za rikszę rowerową) rekompensują sobie prowizją od sklepikarzy, do których niemalże przemocą dostarczają swoich klientów.

23 sty 2016

Mówisz Agra, myślisz Tadź Mahal. Mówisz Tadź Mahal, myślisz Agra. A Czerwony Fort? Chociaż jest dużo większy od mauzoleum Mumtaz Mahal, to znajduje się w metaforycznym cieniu tej najpiękniejszej (?) budowli świata. E, to nie cień. To smog.

Red Fort jest nie tylko większy, ale i starszy o dobrych kilkadziesiąt lat od głównej atrakcji Agry. Czerwony Fort zbudował cesarz Akbar, potężny władca z dynastii Wielkich Mogołów, panujący w Indiach w latach 1556-1605 (syn Humajuna, z którym już mieliśmy przyjemność).

Budowa położonej nad Jamuną fortecy to mniej więcej lata 1565-1573.

Sięgające wysokości 20 metrów podwójne mury musiały zniechęcać do prób ich pokonania. Zwłaszcza że dwuipółkilometrowa całość otoczona była oczywiście fosą.

Ale nie był to tylko obiekt militarny. Dla wygody zarządzającego z tego miejsca swoim imperium Akbara powstały też liczne obiekty pałacowe. Np. Diwan-i-Khas (tak, słowo dywan ma oczywiście wschodnie pochodzenie), czyli Sala Audiencji Prywatnych, gdzie cesarz podejmował dostojników i ważnych posłów. Stał tu Pawi Tron, symbol władzy cesarskiej, który w późniejszych latach trafił do Delhi, też do tamtejszego Czerwonego Fortu, wywieziony przez cesarza Aurangzeba, który wolał koronować się w tym mieście. W Delhi Pawiego Tronu też zresztą nie zobaczyliśmy, bo w 1739 r. ukradli go Persowie. Jego resztki znajdują się chyba do dziś w Teheranie.

Albo Diwan-i-Am, czyli Sala Audiencji Publicznych, w której cesarz łaskawie wysłuchiwał urzędników i w ogóle zarządzał państwem na oczach dworu.

Gdy Akbar już porządził, udawał się do prywatnych apartamentów albo w odwiedziny do syna, któremu wybudował Pałac Dżahangira (Jahāngīri Mahal).

Potrzeby religijne cesarz mógł realizować w jednym z dwóch meczetów – w ogromnym Meczecie Perłowym (Moti Masjid), wykonanym z marmuru, urodą i detalami kamieniarskimi przywodzący na myśli Tadź Mahal lub równie pięknym Meczecie Klejnotu (Nagina Masjid). Tylko który z nich jest na zdjęciu?

Zanim zobaczy się pałace i inne atrakcje, trzeba przejść przez którąś bramę, np. majestatyczną Delhi Gate od zachodniej strony. Brama Delhi z 1568 roku jest najpiękniejsza z czterech wejść prowadzących do fortu.

Najpierw trzeba jednak minąć sprzedawcę pejczy, który zachwalał je komentarzem „Good sadomaso!”.

20 cze 2015

Znudziła się Holendrom zatoka Zuiderzee, to zamiast wrzynającego się w ląd Morza Północnego zrobili sobie w tym miejscu jezioro IJsselmeer. A gdy się im już opatrzyło duże jezioro, to je podzielili na dwie części, nazywając drugą Markermeer. Zupełnie jak za najlepszych lat Związku Radzieckiego, tylko z lepszym skutkiem.

Jezioro z zatoki uczyniła tama Afsluitdijk (czyli zamykająca grobla), zbudowana w latach 1927-1932 (choć pierwsze plany zaczęto snuć już w II połowie XVII wieku). Tama brzmi mało efektownie, jak na obiekt inżynieryjny o długości 32 kilometrów, szerokości 90 metrów i wysokości 7,25 metra. To 21 kilometrów sześciennych ziemi i innych materiałów. I to tylko nad powierzchnią wody. O ile dobrze obliczam, to jakieś osiem razy tylko, co piramida Cheopsa. A razem z tym, co podwodą, jakieś dwanaście cheopsów. Szacunek. Od czego roboty publiczne, przy których zatrudniono pięć tysięcy osób. Jak znalazł w czasie Wielkiego Kryzysu, który na pewno nie ominął Niderlandów.

Budowa tamy miała trzy typowe skutki: morze przestało w tym miejscu straszyć wybrzeże powodziami, zamiast morza powstało słodkowodne jezioro, a Holendrzy zyskali jakieś półtora tysiąca kilometrów kwadratowych ziemi do uprawy i do zamieszkania. Na polderze Zuidelijk Flevoland powstało na przykład miasto Alemere, zamieszkałe przez ćwierć miliona ludzi.

Środkiem tamy przebiega autostrada A7.

Z obu końców tamy znajdują się kompleksy śluz, dzięki którym reguluje się poziom wody.

Po środku tamy można się zatrzymać, zatankować, zjeść, podziwiać widoki.

Albo oddać hołd budowniczym tamy. Jednym z nich był Cornelis Lely, minister robót publicznych, który przyczynił się do realizacji projektu.

W Holandii docenia się też pracę zwykłych ludzi. Relief z brązu autorstwa Hildo Kropa przedstawia trzech kamieniarzy.

I jeszcze jeden bohater klasy robotniczej, uwieczniony w rzeźbie Ineke van Dijk z 1982 roku.

W 1976 roku zakończono budowę drugiej tamy, która przepołowiła istniejące już 40 lat jezioro IJsselmeer. Grobla początkowo nosiła nazwę Houtribdijk, dziś to Markerwaarddijk. Powstałe w ten sposób jezioro nazwano Markermeer.

Markerwaarddijk jest nieco mniejsza od starszej siostry. Ma 30 kilometrów długości i 68 metrów szerokości. Środkiem biegnie droga N302. Jest tak prosto i płasko, że droga dosłownie zlewa się z wodą.

Po środku grobli jest sielski zakątek z restauracją o nazwie Checkpoint Charlie.

BLOG ROBERTA ZIENKIEWICZA „Chciałem tylko, żeby gdzieś przekroczyć granicę, wszystko jedno którą, bo ważny dla mnie był nie cel, nie kres, nie meta, ale sam niemal mistyczny i transcendentny akt przekroczenia granicy.” (RYSZARD KAPUŚCIŃSKI, „Podróże z Herodotem”)

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.