15 mar 2010

Po 1968 roku, gdy Układ Warszawski zaatakował Czechosłowację, rumuński conducătorul Nicolae Ceauşescu zrozumiał, że to nie przelewki. Sam nie poprowadził swoich wojsk przeciwko Praskiej Wiośnie, więc mógł się obawiać, że Breżniew zechce kiedyś ukrócić jego samodzielność.
Elementem strategicznego przygotowania Ceauşescu do ewentualnej radzieckiej interwencji była wybudowana w latach 1970-1974 Szosa Transfogaraska. Przecięła z północy na południe Góry Fogaraskie, najwyższe pasmo rumuńskiej części Karpat. Rumuński przywódca nie liczył się ani z życiem ludzkim, ani z pieniędzmi. Przy budowie drogi zginęło 40 żołnierzy, a do kruszenia skał zużyto 6 milion kilogramów dynamitu.
Szosa ma 120 km i niezliczoną liczbę zabójczych zakrętów, układających się w malownicze serpentyny. W najwyższym miejscu wznosi się na 2034 m n.p.m.
Upraszczając można powiedzieć, że szosa łączy dwie krainy historyczne – Siedmiogród czyli Transylwanię na północy z Wołoszczyzną na południu. Jadąc od północy wyrusza się z Sybina, a kończy się w Piteşti na południu. Właśnie taki kierunek podróży zapewnia najlepsze widoki.

Wjazd na drogę krajową DN7C, pierwszy widok na Fogarasze. Pogoda nie będzie dziś łaskawa…

Zanim wjedziemy w Fogarasze, odwiedzamy monastyr, gdzie spotyka nas przygoda pt. „Kup pan rynnę”. Drogę do klasztoru wskazuje przydrożny Chrystus z dykty:

Pierwsze emocje – wodospad Bâlea Cascadă:

Wodospad robi ogromne wrażenie. Nie wiemy jeszcze, co czeka nas dalej…

Takie daszki chronić mają przed spadającymi skałami…

Czy chronią? Nas uchroniły. Rysę na szybie zarobiliśmy, owszem, ale tuż po przekroczeniu granicy węgiersko-rumuńskiej.

To małe w dole to duży hotel. Pół godziny wcześniej stałem pod nim w deszczu i obserwowałem wodospad Bâlea Cascadă.

W dół patrzy się równie ciekawie:

Ta rana cięta na ciele góry (kicz dozwolony jest w stanie silnego wzruszenia), to właśnie Szosa Transfogaraska:

Były rany cięte, są też rany kłute czyli słupy energetyczne (kontynuuję poetykę kiczu):

Dla zmiany nastroju, zobaczmy co w dolinie:

Patrząc z dołu na serpentyny aż się nie chce wierzyć, że się zaraz na nie wjedzie (no dobra, to nie brak wiary, tylko zwykła panika):

Rumuńskie góry bez rumuńskiej tabliczki trzeba by uznać za nieważne:

Podejrzewam, że to ostatnie chwile dzikich rumuńskich Karpat…

I znów spojrzenie na serpentyny. Tym razem z perspektywy kierowcy. W górze widać już schronisko na przełęczy. A w dole owce, ale to na pewno nie ich mleko podają w schronisku. Globalizacja dotarła i w Karpaty.

Ostatnie kilometry przed schroniskiem. Można się modlić, choćby po rosyjsku (w końcu zbliżony krąg kulturowy, Rumunii też są prawosławni):

Już na przełęczy…

Patrzę i oczom nie wierzę.

A może po prostu podziwiam wysiłek rumuńskich żołnierzy i robotników? Nieważne, że to wszystko prawdopodobnie za pieniądze pożyczone z Francji. „Słońce Karpat” zdążył chyba spłacić kredyty (głodząc naród), zanim naród mu podziękował.

Schronisko na przełęczy ma dwie gwiazdki. Posiłki w przystępnych cenach, noclegów nie sprawdzałem (późnym wieczorem byłem już na granicy bułgarskiej). Szosa dociera na 2034 m n.p.m, ale schronisko leży 10 metrów wyżej.

Czas szybko płynie, od czerwca 2008 roku schronisko ma pewnie już trzy gwiazdki. Wspólna inwestycja rządu rumuńskiego i Unii Europejskiej kosztowała 234 tys. euro. No to podniosą ceny…

Na trasie przejeżdża się przez pięć tuneli. Są generalnie bez oświetlenia. Ten, tuż za schroniskiem, jest stosunkowo najlepszy. Zaczyna się jazda w dół pod hasłem „Pożegnanie z hamulcami” (a mówiłem, żeby nauczyć się hamowania silnikiem):

Po drugiej stronie przełęczy serpentyny takie same. Dziwne…

Nisko latające wampiry:

Czyli wyjaśniła się tajemnica Drakuli:

Do Vlada jeszcze wrócimy na koniec…

Góry i mgła po drugiej stronie też podobne:

I rany zadane zboczom też:

Piąta godzina podróży, jesteśmy tuż za połową drogi. Zbliżamy się do jeziora Vidraru.

Desperacka próba objechania jeziora boczną drogą (i do jechania tym sposobem do zamku Drakuli) kończy się po kilkuset metrach. W podjęciu decyzji pomaga wyjeżdżający z naprzeciwka samochód. Rumuński kierowca zdaje się mówić „Nie idźcie tą drogą…”. Dziwne, byliśmy bez psa…

Oto i jezioro Virdradu. Sztuczny zbiornik powstały w 1965 roku na rzece Ardżesz (Argeş):

Za jeziorem kolejny tunel:

I kolejny tunel (mój ulubiony):

A jak komuś nie pasuje tunel, to zawsze może sobie podjechać pod prysznic:

Końcowe odcinki Szosy Transfogaraskiej to już rekreacja:

Ale widoki nadal powalają na kolana:

I na wielki finał zamek Poenari, może mało efektowny, ale przecież to prawdziwa warownia Vlada Tepesa czyli Drakuli (prawdziwa, a nie podsuwany turystom erzac w Branie).

12 mar 2010

Middelheimmuseum to znajdujące się na świeżym powietrzu muzeum rzeźby współczesnej w Antwerpii. Pierwsza wystawa rzeźby w parku Middelheim odbyła się w 1950 roku. Po wystawie władze miasta postanowiły otworzyć na 20 hektarach parku muzeum, a dodatkowo w latach 1951-1989 odbywało się tu biennale rzeźby. Po powiększeniu w 2000 roku Middelheimmuseum ma 27 hektarów.

Autor: Corey Mc Corkle. Tytuł: „Yayoi”. Rok: 2005.

Ruszenie z posad bryły świata nie jest łatwym…

Autor: Germaine Richier. Tytuł: „The Praying Mantis” (po polsku brzmi to jeszcze lepiej: „Modląca się modliszka”). Rok: 1946.

Autor: Aristide Maillol. Tytuł: „Rzeka”. Rok: 1939-43.

Tytuły kolejnych dzieł każdy wymyśla sobie sam:

Na Zachodzie jest taki bezwzględny kapitalizm, że w muzeach ludziom nawet krzesełka podstawiają. No, Dziki Zachód po prostu. Nie to, co nasze zdrowe Muzeum Ziemi Podlaskiej…

Rzeźby rzeźbami, a i tak największe wrażenie zrobiło na mnie w parku to nieznane mi zupełnie drzewo iglaste udające drzewo liściaste:

I na koniec dowód, że nas pogięło czyli instalacja Dana Grahama z 2004 roku pt. „Belgian fun”:

I jeszcze dwa filmiki z Middelheimmuseum.
Pierwszy, z wypowiedzią krytyka:

Drugi, na którym krytyk zaniemówił z wrażenia:

09 mar 2010

Przepraszam, czy to pańska skała? Nie, nie moja. Od kilkudziesięciu lat należy do nas wszystkich, do ludzkości. Przez jakieś 300-400 milionów lat była bezpańska, więc każdy brał ją sobie jak chciał. Nawet Holendrzy.

W pobliżu czeskiego miasta Kamenický Šenov stoją gdzieś tak od permu, a może i karbonu kamienne bazaltowe organy. Zagrać się nie da, ale miło popatrzeć.

Najwyższe bloki skalne mają 12 metrów. Fiu, fiu, ładne piszczałki.

Wzgórze Pańska Skała sięga wysokości 595 metrów n.p.m. Powstała, jak inne góry w tej części świata, w wyniku nacisku płyty afrykańskiej na europejską. Nacisk spowodował pęknięcia skorupy ziemskiej i wypływ magmy na powierzchnię. Stygnąca powoli lawa zmniejszała swoją objętość, w wyniku czego powstały charakterystyczne pęknięcia, zwane fachowo oddzielnością skał magmowych.

Precyzyjnie mówiąc najpierw następowało skrzepnięcie lawy w skałę, która nadal stygnąc ulegała naprężeniom wewnętrznym. Wielkie skały magmowe nie są zwarte, lecz zawsze popękane. Najefektowniej wyglądają właśnie pęknięcia przybierające postać oddzielności słupowej. Skała dzieli się na ułożone względem siebie równiutko słupy o przekroju cztero-, pięcio- lub sześciokąta.

Tak oryginalne i twarde skały były pożądanym materiałem budowlanym. Od XVIII w. aż do 1948 roku pozyskiwano stąd bloki bazaltowe, które trafiały m.in. do krajów Beneluksu, gdzie pomagały walczyć z morskim żywiołem. Takie są odporne na słoną wodę!

Już pod koniec XIX w. zaczęto myśleć o ochronie tego unikalnego miejsca. W 1895 roku wydano pierwszy zakaz eksploatacji, ale nie był przestrzegany. W 1902 roku społeczne towarzystwo wykupiło teren, ale ludzie zaczęli kopać obok, bo pod ziemią też ukryte były zgrabne bloki (dzięki kopaczom dziś jest tam małe jeziorko). Dopiero komuniści zrobili z tym porządek i od 1948 roku raczej nikt nie wyrywa kamiennych piszczałek. Póki co, wszyscy korzystają z tego, że można sobie łazić. Ciekawe, kiedy ogrodzą?

Starsze wpisy »
BLOG ROBERTA ZIENKIEWICZA „Chciałem tylko, żeby gdzieś przekroczyć granicę, wszystko jedno którą, bo ważny dla mnie był nie cel, nie kres, nie meta, ale sam niemal mistyczny i transcendentny akt przekroczenia granicy.” (RYSZARD KAPUŚCIŃSKI, „Podróże z Herodotem”)

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.