30 lip 2010

Około 1989 roku wyobraźnię żądnych ekstremalnych wrażeń harcerzy rozpalił Jacek Pałkiewicz i jego szkoła przetrwania. Pojawiły się liczne imprezy, w których zdaniem jednych chodziło o to, by maksymalnie umazać mordę w błocie, a zdaniem innych, by poradzić sobie w trudnej sytuacji. Prawda leży zapewne pośrodku, tzn. gdzieś między błotem a godnością człowieka.
Jedna z pierwszych takich imprez odbyła się jesienią 1989 roku na wyspie Herta na Jeziorze Tomaszkowskim. Nie byłem, ale widziałem obszerną relację wideo, którą z dumą prezentowali absolwenci tej „scuola di sopravvivenza” (to włoskie sformułowanie miało wówczas krótką karierę, bo Pałkiewicz prowadzi swoją szkołę przetrwania w Italii).

W kwietniu 1990 roku zaliczyłem dwie takie imprezy, powiedzmy w wersji light. Dziś kilka słów o pierwszej z nich (6-8.04.1990). Zaczęliśmy na poligonie w Pieczewie, gdzie trochę pozjeżdżaliśmy na linach, potem zanocowaliśmy krótko w jakimś hangarze nad Skandą, a nad ranem ruszyliśmy do Jonkowa.

W Jonkowie zaatakowaliśmy tamtejsze bagna. Wersja light polegała m.in. na tym, że bagna były lekko przymarznięte. Nie znaczy to, że nie nurzaliśmy się po szyję i nawet głębiej, wręcz przeciwnie. Mróz oszczędził nam po prostu owadów i to było najprzyjemniejsze z całej imprezy.

Najbardziej ekstremalne było picie herbaty z bagiennej wody. Druhna Basia, dziś ceniona specjalistka od aseptyki szpitalnej, poddawała najpierw tę wodę specjalnym zabiegom, tzn. przesączała przez gazę.

Na finał upadlania się ruszyliśmy pod prąd rzeki w kierunku Biesala. Pojawiły się próby buntu. Zażegnane… Nocleg w poniemieckich bunkrach wydał się już relaksem. Do czasu, gdy Kowal rozpalił w środku ognisko i zarządził zadymienie…

Prezentowane tu zdjęcia odpowiadają niejako charakterowi imprezy. Film uległ prześwietleniu, więc korzystając z podręcznika do fotografii spróbowałem uratować materiał poprzez specjalną obróbkę. Efekt pseudosolaryzacji uzyskuje się dziś jednym kliknięciem w komputerze. A wtedy trzeba było męczyć się w ciemni…

26 lip 2010

Kiedyś sądzono, że to najstarsza drewniana cerkiew na terenie Polski. Gdyby pierwotne wyobrażenie o jej czasie powstania było potwierdzone, miałaby w tym roku dokładnie 500 lat.

I wprawdzie niedawne badania wieku drewna użytego do budowy świątyni odmłodziły cerkiew o jakieś 150 lat, to niewykluczone, a nawet prawie pewne, że stoi ona na miejscu jakiegoś starszego kościółka, bo wieś założono w 1373 roku.

Cerkiew pw. Wniebowstąpienia Pańskiego w Uluczu nad Sanem, bo o niej mowa, stoi na wzgórzu Dębnik. Żeby tam dotrzeć trzeba mieć niezłą motywację. Po pierwsze dotarcie do samego Ulucza to impreza pod tytułem „Pożegnanie z resorami”. Ewentualnie można wpław.

Po drugie ta górka… Wedle legendy cerkiew miała powstać dużo niżej, ale co noc jakaś siła przenosiła materiały budowlane na sam wierzchołek Dębnika. Z siłami nie ma co dyskutować, w pierwotnym miejscu stanęła tylko kapliczka.

Ulucz to dziś mała wioska nad Sanem, niedaleko Sanoka. Pod koniec XIX wieku liczyła 1,5 tys. mieszkańców, w większości Ukraińców, ale również Polaków i Żydów. A pod koniec II wojny światowej liczba mieszkańców przekraczała 2 tys. W ciągu kolejnych trzech lat wszystko się zmieniło. Walki, pacyfikacje, a na koniec wysiedlenie 28 kwietnia 1947 roku całej wsi w ramach akcji „Wisła”. Z 700-letniej wsi pozostał wówczas tylko cmentarz i cerkiew na wzgórzu. Dziś mieszka tu około 150 osób.

Obecny wygląd wzgórza zupełnie nie odpowiada temu, jak wyglądało ono jeszcze po wojnie. Do 1744 roku był tam monastyr zakonu bazylianów, a całość otaczały mury obronne z dwiema dzwonnicami. Pozostawione po monastyrze mury rozebrano dopiero po 1947 roku.

Obok cerkwi umieszczono w 1990 roku tablicę upamiętniającą Michała Werbyckiego, greckokatolickiego księdza, który w 1864 roku skomponował muzykę do ukraińskiego hymnu narodowego „Szcze ne wmerła Ukrajina” („Ще не вмерла Українa”). Werbycki urodził się 4 marca 1815 w pobliskim Jaworniku Ruskim lub też w samym Uluczu.

Po ukraińsku to wzgórze nazywa się Dubnyk.

23 lip 2010

Rosjanie mają (mieli?) swoją rewolucję październikową, która wybuchła w listopadzie. A ich bracia Bułgarzy mają powstanie kwietniowe, które wybuchło w maju.

20 kwietnia 1876 roku w Bułgarii obowiązywał jeszcze kalendarz juliański. Według kalendarza gregoriańskiego był to już 2 maja. Ten jednak w Bułgarii wprowadzono dopiero w 1916 roku.

XIX-wieczne odrodzenie narodów w Europie nie ominęło Bułgarów. Po prawie 500 latach niewoli tureckiej udało się im wybić na niepodległość. Początek temu dało powstanie, które rozpoczęło się 20 kwietnia 1876 roku w Kopriwszticy.

W XIX wieku Turcja zaczęła podupadać ekonomicznie i militarnie. Bułgarzy zobaczyli w tym szansę. Jednym z ideologów walki był Wasal Lewski, który zginął bohatersko w 1873 roku. Jego dzieło kontynuowali m.in. powstańcy 1875 roku ze Starej Zagory. Powstanie to wprawdzie stłumiono, ale nie bez kłopotów, co dodatkowo mobilizowało Bułgarów do kolejnych działań.

W listopadzie 1875 roku zawiązano kilka okręgów powstańczych. Jak się okazało najważniejszy z nich powstał w Płowdiwie. Jego przywódcami byli m.in. Panajot Wołow, Georgi Benkowski i Todor Kableszkow. Turcy dowiedzieli się o przygotowaniach i 20 kwietnia chcieli w Kopriwszticy aresztować spiskowców. Próba uwięzienia Kableszkowa zakończyła się walką, przepędzeniem żandarmów i zabiciem tureckiego urzędnika (mudira).

Kableszkow napisał tego dnia list do innego komitetu powstańczego, wzywając do rozpoczęcia powstania. Uwaga, uczymy się bułgarskiego:

„Братя!
Вчера пристигна в село Неджеб ага, из Пловдив, който поиска да затвори няколко души заедно с мене. Като бях известен за вашето решение, станало в Оборищкото събрание, повиках няколко души юнаци и след като се въоръжихме, отправихме се към конака, който нападнахме и убихме мюдюра, с няколко заптии… Сега, когато ви пиша това писмо, знамето се развява пред конака, пушките гърмят, придружени от ека на черковните камбани, и юнаците се целуват един други по улиците!… Ако вие,братя, сте биле истински патриоти и апостоли на свободата, то последвайте нашия пример и в Панагюрище…
Копривщица, 20 априлий 1876 г.
Т. Каблешков.
Бях очевидец, когато се извърши всичко гореказано в писмото на Тодора. Тръгвам за Клисура, за да направя същото.
Н. Караджов”

„Bracia!
Wczoraj do wsi przybył aga Nedżeb, z Płowdiwu, który chciał zaaresztować kilka osób wraz ze mną. Znając wasze ustalenia, które zapadły na zebraniu w Oboriszte, zwołałem kilku junaków, uzbroiliśmy się, a następnie skierowaliśmy się do konaku, który napadliśmy, zabijając mudira i kilku żandarmów… Teraz, gdy piszę do was ten list, przed konakiem powiewa sztandar, grzmią karabiny, którym towarzyszy echo cerkiewnych dzwonów, a junacy padają sobie w ramiona na ulicach!… Jeśli i wy, bracia, jesteście prawdziwymi patriotami i apostołami wolności, to podążcie za naszym przykładem w Panagiuriszte…
Kopriwsztica, 20 kwietnia 1876 r.
T. Kableszkow.
Byłem świadkiem wydarzeń opisanych powyżej w liście Todora. Wyruszam do Klisury, by uczynić to samo.
N. Karadżow”

A że list został podpisany krwią zabitego mudira, przeszedł do historii pod nazwą „Krwawego listu”.

Wybuch powstania 20 kwietnia był przedwczesny, bo planowano je na 1 maja. W efekcie dość szybko zostało stłumione… Panajot utonął 26 maja próbując uciec do Rumunii. Benkowski zginął w walce 12 maja. Kableszkow popełnił samobójstwo po schwytaniu przez Turków. Zginęło między 3 a 12 tysięcy Bułgarów. Spalono 80 miejscowości. Kopriwsztica ocalała, bo zapłaciła haracz Turkom.

Ale powstanie nie poszło na darmo. Państwa europejskie upomniały się o los Bułgarów. W 1877 roku próbowano wynegocjować z Turcją autonomię dla Bułgarii. Po odmowie wybuchła wojna rosyjsko-turecka, która w 1878 roku przyniosła Bułgarom niepodległość. A wszystko to m.in. dzięki wydarzeniom z Kopriwszticy.

Dzięki zapłaconemu haraczowi Kopriwsztica ocalała i możemy do dziś oglądać w niezmienionej formie XIX-wieczną zabudowę małego bułgarskiego miasteczka, wsi właściwie.

W 1823 roku przyszedł tu na świat Najden Gierow (Найден Геров), bułgarski pisarz, językoznawca i etnograf. Jako uczestniczący w przygotowaniach powstania kwietniowego, musiał uciekać z Bułgarii i schronić się w rosyjskim poselstwie w Konstantynopolu.

Older Posts »
BLOG ROBERTA ZIENKIEWICZA „Chciałem tylko, żeby gdzieś przekroczyć granicę, wszystko jedno którą, bo ważny dla mnie był nie cel, nie kres, nie meta, ale sam niemal mistyczny i transcendentny akt przekroczenia granicy.” (RYSZARD KAPUŚCIŃSKI, „Podróże z Herodotem”)

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.